Gwiezdne Wojny Szafirowy kupiec
40 lat po zniszczeniu Pierwszej Gwiazdy Śmierci
**********
W opinii Beo Ber’gaza był to całkiem udany dzień. Zachodził w głowę, czy przypadkiem pogoda nie miała na to jakiegoś tajemniczego wpływu. Na Krylonie nadal wierzono w najróżniejsze, nierzadko dziwaczne zabobony. Ranem nieboskłon przyoblekły srożące się groźnie czarne chmury, tu i ówdzie zakropiło, ale potem przez ołowiane niebo przebiły się promyki słońca i teraz po obłokach nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Jego spotkanie z zarządem gildii kupców zaczęło się od ostrej kłótni, a skończyło na zyskownym dla obu stron konsensusie. Może coś w tym było? Nie wszystkie zabobony były bezsensowne.
Zadowolony z siebie i pełnego niespodzianek żywota handlarza w dawnym imperialnym nadsektorze Bright Jewel, Ber’gaz zmierzał powolnym krokiem w stronę podrzędnego portu gwiezdnego. W warunkach peryferii Środkowych i Zewnętrznych Rubieży „podrzędny” znaczyło tyle co: mały, brudny, śmierdzący, a zarazem tani niczym woda na Mon Calamari.
Istniała taka nieformalna reguła mówiąca, że w cenie za korzystanie z lądowiska — oczywiście leciutko zawyżonej, jeśli owa reguła miała funkcjonować — zawiera się usługa zwana „odganianiem natrętów”. Piloci nie lubili sabotażystów i złodziei, a włodarze portu strzelanin i ewentualnych trupów. Ber’gaz zdziwił się więc niezmiernie, gdy zobaczył pod kadłubem swojego statku sylwetkę wysokiej kobiety w dwuczęściowym ciemnoszarym uniformie. Stała do niego tyłem i swobodnie przyglądała się jego sfatygowanej maszynie. Widział tylko jej długie, proste, granatowoczarne włosy spływające aż za łopatki. Miała ładną figurę i domyślił się, że musi mieć również całkiem urodziwą twarz.
Odwróciła się, słysząc jego buty szorujące o podniszczony permabeton lądowiska. Ber’gaz zatrzymał się nagle, z wyrazem zdumienia błąkającym się w oczach. Nie pomylił się, kobieta była piękna, a przy tym niewiele młodsza od niego — tyle tylko, że nie była człowiekiem, ani nawet żadną ze znanych mu istot okołoludzkich. Jej oczy były całe czerwone, pałające i pozbawione tęczówek, a skóra — jakby dla kontrastu — ciemnobłękitna.
— Czy to pański statek?
Zaniepokoił się. Egzotyczna kobieta zmierzyła go bacznym spojrzeniem.
— Pański YT-1930 ma kilka widocznych defektów — stwierdziła i wyciągnęła ramię w kierunku odrapanego, pokrytego rdzawymi zaciekami lekkiego frachtowca. — Talerz systemu łączności jest nienaturalnie przekrzywiony o kilkanaście stopni. Przy wchodzeniu lub wychodzeniu z zagęszczonej atmosfery mógłby się oderwać, a przy okazji uszkodzić wieżyczkę działka laserowego, która zdaje się nie przechodziła przeglądu od dobrych paru lat. — Kobieta raportowała mu to wszystko suchym, pewnym tonem, ale w tym momencie dodała doń szczyptę nagany. Ber’gaz coraz wyżej unosił swoje brwi. — Od lewej ładowni oderwał się fragment izolacji termicznej, co grozi rozerwaniem statku przy pokonywaniu atmosfery. Drobne ubytki izolacji są również widoczne obok prawej kapsuły ratunkowej i w przednim, lewym skrzydle. Poza tym osłony silników są odgięte do środka, powodując ubytek mocy i tym samym większe zużycie paliwa. Sądząc po stanie technicznym kadłuba dochodzę do wniosku, że sytuacja wewnątrz pańskiego statku przedstawia się tak samo katastrofalnie.
Beo Ber’gaz przez chwilę bezskutecznie usiłował rozszyfrować błękitnoskórą kobietę, ale jej czerwone oczy działały na niego zbyt dekoncentrująco, a zarazem hipnotyzująco. Zaimponowała mu swoją dosadnością, precyzją zadanych ciosów, o co zapewne dokładnie jej chodziło. Niespokojnie potarł szczecinę, która pokrywała jego brodę. Nie golił się już od paru dni i teraz poczuł się z tego powodu niepewnie, nawet głupio, chociaż bardziej powinien się wstydzić nie swojego wyglądu, a wyglądu swojego statku.
— Jak masz na imię? — spytał, kombinując w myślach, jak poprowadzić tą rozmowę.
— Hyra’ydi’nuaro, ale może pan do mnie mówić Aydin.
— Aha — mruknął, nie przestając pocierać brody. — Ja jestem Beo Ber’gaz, ale możesz do mnie mówić Beo... i obejdzie się bez tego „pana” — dodał z uśmiechem. — Można spytać z jakiej rasy się wywodzisz, Aydin?
Oczy kobiety zwęziły się w dwie poziome szparki.
— Nie interesuje cię to, co właśnie powiedziałam o twoim statku?
— Oczywiście, oczywiście, ale myślałem, że... — urwał i zmusił się, by oderwać palce od swojej twarzy. Czuł się tak, jak gdyby samo spojrzenie Aydin, chłodne i wyrachowane, wysysało z niego siły. Przeleciało mu przez głowę, że natrafił na jakąś dziwaczną rasę, która potrafiła robić z ludźmi takie sztuczki, jak sławetni Jedi. — Czemu mi to wszystko powiedziałaś?
— Potrzebuję pracy — oświadczyła bez bawienia się w podchody, bezpośrednio. Spodobało mu się to, ale nie bardzo wiedział, co jej odpowiedzieć.
— Jestem tylko skromnym kupcem, zresztą sama widzisz, jak wygląda mój... — Nie dokończył, zwiesił głowę w zakłopotaniu. To był dość przykry paradoks. Gdyby ją zatrudnił, problem utrzymywania frachtowca w formie by zniknął, ale miał za mało kredytów na to, by ją przyjąć. Z drugiej jednak strony, przydałoby mu się jakieś towarzystwo. Znowu na nią popatrzył. Miała coś w sobie. Tego ducha, tą ikrę, charakterem była całkiem podobna do... Odtrącił tą myśl.
— A więc?
— Nie mogę ci wiele zaoferować — rzekł w końcu, wzruszając ramionami. — Żywność, kajutę na pokładzie, kilkaset kredytów miesięcznie... i to tyle. Przykro mi.
Ku jego zdumieniu, wcale nie uśmiechnęła się pogardliwie i nie odeszła, a powiedziała spokojnie:
— Może być.
— Naprawdę? Z pewnością są tu inni kapitanowie, którzy mogliby ci zaproponować lepsze...
Zamknąłem usta, Aydin przybrała odrobinę zmieszaną minę. Ale jej kolejne słowa wcale nie brzmiały błagalnie, daleko im było od tego:
— Jestem tylko amatorką, uczę się na błędach. Nikt inny mnie nie przyjmie.
Jakiś głos krzyczał w nim, żeby nie obierać cały czas tej żałosnej, defensywnej pozycji, skończyć dyskusję i od razu skorzystać z okazji, jaka mu się niespodziewanie przytrafiła. Ile razy w swoim życiu otrzymywał tak cenne niespodzianki, jak piękna pani mechanik, która chciała u niego pracować za półdarmo? Pewnie, było w tym coś nietypowego, wręcz podejrzanego, ale co z tego? Chwytaj szansę kiedy się da.
Posłuchał tajemniczego, wewnętrznego głosu.
— No dobrze. Chodź, odprowadzę cię po moim „Jastrzębionietoperzu IV”.
**********
Ber’gaz nie potrafił ukryć rozbawienia, gdy Aydin pierwszy raz ujrzała Eksee. Kobieta wzdrygnęła się, a jej twarz oblała komiczną mieszanką zaskoczenia, niechęci i lęku. Stary, srebrzysty droid Cybot Galactica XC2 był jego towarzyszem odkąd nabył „Jastrzębionietoperza IV”. Chociaż prawie do niczego się nie nadawał, ze swoim administracyjnym oprogramowaniem oraz nieporadnymi chwytakami, Beo bardzo go lubił. Eksee przekrzywił kanciastą głowę w kształcie antycznej klepsydry i przedstawił się. Aydin ostentacyjnie go zignorowała, a kapitan zachichotał pod nosem. Błękitnoskóra kobieta obrzuciła go zimnym spojrzeniem.
Mimo jej wyniosłości i niespotykanej awersji do droidów, Beo uznał, że na swój sposób jest całkiem urocza. Niestety, była też bardzo niedostępna i skryta, a do tego aż do absurdu małomówna, jak przekonał się podczas pierwszych kilku dni ich współpracy. Zdarzało jej się mijać go bez słowa, czy nawet jednego zerknięcia. Niekiedy czuł się przy niej niby powietrze. Parę razy próbował ją zagadać, ale jedynym rezultatem jego starań było uzyskanie odpowiedzi na pytanie o jej rasę. Aydin była Chissanką, lecz to mu niewiele, prawie nic nie powiedziało. Dopiero, jak skonsultował się z bazą danych „Jastrzębionietoperza IV” dowiedział się, że jej rodakiem był słynny Wielki Admirał Thrawn, imperialny geniusz militarny, który zginął, kiedy Beo ledwo raczkował.
Piątego dnia po odlocie z Krylona postanowił przejąć inicjatywę. Odnosił wrażenie, że im bardziej zamknięta w sobie była Aydin, tym bardziej go fascynowała i tym bardziej podziwiał to, co czyniła dla jego poobijanego frachtowca. A czyniła istne cuda.
Klęczał właśnie w bakburtowym kanale serwisowym, biegnącym prostopadle do kokpitu, nie mogąc się nadziwić jakim sposobem Chissance udało się rozplątać setki przebiegających tędy kabli i poskładać to do kupy. Tak jak ongiś panowało tu istne pandemonium, tak teraz wszystko leżało na swoim właściwym miejscu, każda klapa była przymocowane gdzie należy, każdy bezpiecznik z cichym buczeniem, z pełną skutecznością, wypełniał swoje zadanie i nic nie klekotało złowróżbnie przy większym wstrząsie.
Nieprzypadkiem się tu zaczaił. Czekał na Aydin od paru minut, nasłuchując dźwięków dochodzących z wnęki na sterburcie, którą przerobił na miniaturową stołówkę. Wreszcie płyty pokładu odezwały się delikatnymi wibracjami miękkich kroków kobiety i Beo Ber’gaz, niby przypadkiem, wychynął z tunelu.
Idealnie na czas zagrodził drogę Aydin, która z tacką pachnącej świeżo odgotowanym belgadzkim mięsem i telgoriańskimi bruellkami zamierzała, jak zawsze, zjeść posiłek w zaciszu swojej kajuty. Kapitan uśmiechnął się ciepło.
— Co powiesz, żebyśmy dziś zjedli obiad wspólnie? — spytał z nadzieją w głosie, drapiąc się po brodzie. Po chwili zmusił się do opuszczenia ręki.
— Wolałabym zjeść w samotności — odparła sztywno, odrobinę sztucznie. Miała na sobie praktyczny, szary kombinezon roboczy, który idealnie komponował się z jej sylwetką, nieco ją uszczuplając.
— Nalegam, Aydin.
Ber’gaz żałował, że z jej niesamowitych oczu nie potrafił zbyt dużo wyczytać. Dałby blaster z zasilaniem temu, kto nauczyłby go, jak posiąść tą umiejętność. Przestąpił z nogi na nogę, nieświadomie dając jej sygnał swojego zdenerwowania.
— W porządku — zgodziła się z wahaniem Aydin i natychmiast powędrowała do stolika, nie oglądając się na niego. Szybko przyrządził sobie jakąś lekką przekąskę i dołączył do Chissanki.
— Świetnie się spisałaś z uprzątnięciem kanałów serwisowych, prawej ładowni i naprawieniem zamka w sterburtowej kapsule — pochwalił ją, ale nie uzyskał reakcji, jakiej się spodziewał, toteż dodał do tego: — Cieszę się też, że wyczyściłaś zapasowy układ sterowania, chyba nikt tam nie zaglądał od dekad!
Wzruszyła ramionami. Ściągnął brwi.
— Jesteś zbyt skromna. Ja bym nawet ułamka z tych rzeczy nie zrobił w ciągu całego miesiąca — powiedział z autentyczną autoironią. Nie miał talentu do mechanicznych robótek. — Jesteś naprawdę dobra w te klocki.
— Dużo się uczyłam — rzekła zdawkowo, zabierając się za drugi kawałek mięsa. O ile dobrze się orientował, jedzenie jej smakowało. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby się dowiedziała, że sam je przyrządza, z niewielką pomocą Eksee.
— Cieszę się, że jesteś na pokładzie.
Spróbował spojrzeć jej w oczy. Nie wyszło mu to, ale nie zraził się. Najwyższy czas na parę zwierzeń. Zaczerpnął powietrza i zaczął:
— Urodziłem się na Coruscant trzydzieści pięć lat temu, tuż przed oswobodzeniem planety z rąk Imperium, ale słabo ją pamiętam. Po zniszczeniach dokonanych przez klona Imperatora, przenieśliśmy się na Ord Mantell. Jak co drugi dzieciak marzyłem, żeby zostać pilotem, ale rzeczywistość brutalnie mnie trzasnęła w twarz — zaśmiał się gorzkawo, wziął do ust aromatyczny baton ziołowy. — Oblałem połowę testów i pomysł Sithowie wzięli. Do handlowania zaciągnęła mnie moja dziewczyna, Rienna. Była ładna, inteligentna, miała cięty język, idealna kombinacja w naszym zawodzie. — Przez jego oblicze prześlizgnął się cień głębokiego rozgoryczenia. Wolno przeżuł kęs batona i przełknął go. Po chwili nieco się rozchmurzył i na nowo podjął temat: — Jej rodzice byli wściekli jak cholera. Pobraliśmy się i dostaliśmy statek, zrupieciałego YT-1300, od mojego ojca w prezencie. Mieliśmy ciekawe życie, nie powiem. Trochę się pokomplikowało, kiedy najpierw Yuuzhanie wygonili nas z sektora, a potem urodziła nam się córeczka. Później usłyszałem, że prawie cała nasza rodzina zginęła w inwazji, zostali nam jedynie kuzyni rozsiani po galaktyce, których ani razu na oczy nie widzieliśmy. Kiedy wojna się skończyła, Rienna uparła się, żeby wrócić do Bright Jewel. No i wróciliśmy. Wpadliśmy prosto w łapy yuuzhańskich maruderów. Straciłem wszystko. Żonę, dziecko i statek.
Ber’gaz już dawno temu pogodził się z przeszłością, stąd zaprezentował przyglądającej mu się wnikliwie Aydin tylko ciężkie, rozgoryczone westchnięcie.
— W końcu otrząsnąłem się i wróciłem do biznesu. To, co masz dookoła siebie, to cały mój dorobek dekady błąkania się po okolicznych przestworzach. Jesteś pierwszą żywą osobą, prócz mnie, która spędził na tym gwiezdnym wraku więcej niż trzy dni.
Martwa cisza, jaka objęła pokład „Jastrzębionietoperza IV” prędko zrobiła się kłopotliwa. Chissanka spuściła wzrok na swoją tackę, zabrzęczała widelcem, przerywając dalsze rozwarstwianie się milczenia i napiętej atmosfery.
— Dlaczego mi to wszystko powiedziałeś? — spytała beznamiętnym, ale pozbawionym dotychczasowego chłodu głosem.
Beo pochylił się do przodu, utkwił w niej wzrok.
— Bo nie możemy być dla siebie ciągle nieznajomymi. Dzieliny razem ten statek na dobre i na złe. Chcę cię lepiej poznać, móc zaufać ci, uwierzyć, że w trudnej sytuacji nie zawiedziesz mnie.
— Możesz na mnie liczyć.
Potarł lekko brodę. Źle się wyraził, ale pal to Hutt.
— A ja liczę, że kiedyś mi się zrewanżujesz i powiesz coś o sobie. Same deklaracje nie wystarczą, Aydin. — Wstał, nieco zmiękczył swój głos. — Naprawdę chciałbym wiedzieć o tobie więcej, móc zwyczajnie porozmawiać, zrozumieć.
Wycofał się do kokpitu i zostawił ją samą ze swoimi myślami.
**********
— Sooma, fanatyczna pro-imperialna wylęgarnia mistrzów procopiłki. Lepiej, żebyś nie opuszczała statku, tubylcy nie lubią nie-ludzi — oświadczył cierpko Ber’gaz, naprowadzając YT-1930 na kurs wyznaczony przez kontrolera orbitalnego ruchu. — Ktoś tu najwyraźniej nie zauważył, że samo Imperium już od dobrych dwudziestu lat tępi rasizm. A przynajmniej udaje, że tępi.
Aydin jak zwykle milczała. Minęły cztery dni od czasu ich rozmowy — właściwie: jego monologu — przy obiedzie i powoli tracił nadzieję, że kobieta zdecyduje się przeskoczyć przez ten mur obojętności, który wokół siebie wytworzyła.
— „Jastrzębionietoperz IV”, tu kapitan Trull z patrolowca WT-2c Soomskiej Służby Celnej — interkom rozdźwięczał szorstkim głosem człowieka. — Zgaś silniki i przygotuj się do rutynowej inspekcji celnej.
— Przyjąłem, WT-2c — odpowiedział Ber’gaz przewróciwszy oczami. — Zapraszam na pokład.
Niepotrzebnie się odezwał. Zanim skończył, komunikator cichutko trzasnął, sygnalizując przerwanie połączenia.
— Celnicy są wszędzie tacy sami.
— Pozwolę sobie stwierdzić, że to nieprawda — wtrącił się Eksee. — Z moich wyliczeń wynika, że żadni celnicy nie mogą się równać w upierdliwości z Soomianami. Mogę nawet przestawić procenty, jeśli...
— Nie, dzięki — bąknął Beo i wyłączył napęd pojazdu. Przez moment szukał za iluminatorem zbliżającej się sylwety maszyny. Kanciasty patrolowiec kształtem i kolorem hołdujący najlepszym tradycjom dawnego Imperium zatoczył łuk nad gigantycznym kontenerowcem, kilka kilometrów od „Jastrzębionietoperza IV”.
— Chodź, trzeba im wystawić komitet powitalny, bo się poobrażają. Ty, Eksee, zostań tu, bo gotowi ci znowu wypatroszyć bebechy.
— To nie jest śmieszne, szefie.
— Wiem. — Ber’gaz błysnął zębami. — Nienawidzę wyrywkowych kontroli celnych.
Po drodze podjął ze schowka elektronotatnik. Aydin bez słowa podążyła za nim do śluzy cumowniczej na sterburcie. Kapitan wygładził poły swojej lekkiej, skórzanej kurtki i czekał, delikatnie kołysząc się na nogach w przód i tył. Chissanka stała sztywno niby posąg, dumna, nieprzejednana i piękna.
Śluza gwałtownie syknęła rozprężanym powietrzem. Po składanych schodkach wgramolił się do środka czteroosobowy zespół celników na czele z oficerem wystrojonym w płowy, pseudoimperialny uniform ozdobiony granatowymi pagonami. Miał czarne, krzaczaste brwi i spozierał spod nich nieprzyjemnym, taksującym wzrokiem.
— Co pan przewozi na tym statku? — spytał bez wstępów i grzeczności, zezując wzgardliwie na Aydin.
— Głównie futra wyjcojeży i tilovów z Jovana — oświadczył oschle Ber’gaz. Dwaj celnicy za plecami oficera zerkali zaciekawieni na błękitnoskórą kobietę, z błyskami bezczelnie nieskrywanej obleśności w oczach. Beo poczuł nieznaczny ucisk w żołądku i wręczył dowódcy zespołu z patrolowca elektronotatnik. — Tu znajduje się manifest i dziennik pokładowy.
Oficer szybko przegrał informacje do swojego urządzenia i notatnika celnika, który stał obok niego ze znudzoną miną.
— Sprawdzimy, czy jest pan sumienny — powiedział zimno, z nutką groźby, i skinął głową na swoich podwładnych.
— Aydin, pokaż panom ładownię A — poprosił Ber’gaz. Do kobiety podeszli ci sami dwaj celnicy, którzy niemalże ślinili się na jej widok. Nie spodobał mu się ten układ, ale posłusznie doprowadził oficera i jego przybocznego do ładowni B.
Dwaj mężczyźni kończyli drobiazgową inspekcję dóbr zebranych w plastoidowych kontenerach i omiatanie specjalistycznymi skanerami wszystkich ścian, gdy z przeciwległej strony statku doszedł ich jakiś dziwny hałas i głośne szuranie.
— Co tam się dzieje? Draiho, co tam się dzieje? — niemalże krzyknął oficer.
— Nic, kapitanie, wszystko w porządku — doszło ich z oddali. Beo musiał przyznać, że nie brzmiało to przekonywująco.
— Brednie — parsknął dowódca oddziału, który najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku. — Idziemy, poruczniku.
Ber’gaz przełknął ślinę i ruszył pół kroku za nimi. Ledwo półkole korytarza przestało blokować widok, zobaczył szamoczące się bezgłośnie trzy postacie. Pierwsza, celnik, zaciskała dłonie na pośladku i piersiach drugiej, Aydin, a trzecia, kumpel pierwszej, właśnie przymierzała się do oblizania drugiej po szyi. Nim ktokolwiek wydał z siebie jakikolwiek dźwięk, wypadki przyspieszyły niczym myśliwiec zrywający się do skoku w nadprzestrzeń.
Aydin zdzieliła łokciem w twarz pierwszego z mężczyzn, drugiego traktując kolanem w krocze. Celnicy nie zdążyli łupnąć z bolesnym wrzaskiem na podłogę, a Beo miał już w dłoni blaster. Oficer otworzył usta, jego podwładny sięgnął do kabury, ale kapitan „Jastrzębionietoperza IV” wyprzedził ich, dwukrotnie nacisnął na spust. Błękitne promienie obezwładniły obu Soomian. Ber’gaz doskoczył do Aydin i posłał po wiązce każdemu ze znokautowanych celników.
Przez jeden długi, absurdalnie ciągnący się moment, panowała absolutna cisza. Ręka z blasterem w ręce wyraźnie dygotała. Ber’gaz w okamgnieniu pojął, co właśnie bezmyślnie uczynił. Trybiki pod jego czupryną od razu wzięły się do wytężonej pracy.
— Szybko, do drugiej kapsuły z nimi! — krzyknął do Aydin i sam od razu chwycił oficera za nogi, by następnie zaciągnąć go do środka ciasnego pojazdu ratunkowego. Po minucie wspólnym wysiłkiem uporali się z zadaniem. Mimochodem zauważył, że kobieta pobladła, a ścięgna na jej twarzy były nienaturalnie ściągnięte. I słusznie, bardzo słusznie. Był wściekły, pod skórą dosłownie się gotował. Lada iskra wystarczyłaby, żeby eksplodował.
— Odpalaj.
Nie zaprotestowała. Miał w oczach zbyt niebezpieczne błyski. Pognał do kokpitu, równocześnie załączył komunikator i system awaryjnego zamykania włazu cumowniczego. W głębi statku coś głośno zaszumiało i trzasnęło.
— „Jastrzębionietoperz IV”, co...
— WT-2c, tu kapitan „Jastrzębionietoperza IV”. Wasi ludzi zostali uwięzieni w kapsule, którą przed chwilą wystrzeliłem. — W czasie mówienia Ber’gaz aktywował silniki i ujął w dłonie stery. — Jeśli podejmiecie próbę zatrzymania mnie promieniem ściągającym, ostrzelacie, czy choćby ruszycie w pościg, zdetonuję ładunki wybuchowe umieszczone w kapsule. Drugi raz nie zamierzam się powtarzać. Bez odbioru.
Trzepnął przełącznikiem komunikatora, przyciągnął do siebie manetkę akceleratora i zacisnął zęby, modląc się w duchu, żeby celnicy dali się nabrać na jego zaimprowizowany blef. Błyskawicznie odwrócił YT-1300 rufą do planety, przyspieszył do maksymalnej prędkości. Uchwycony na skanerze patrolowiec nie zmienił pozycji. Beo odetchnął głębiej, ale jeszcze się nie cieszył. Wprowadził kurs do komputera nawigacyjnego.
Teraz pozostało mu tylko czekać na koniec odliczania. Aydin cichutko prześlizgnęła się obok milczącego Eksee, potem kapitana, i zasiadła na fotelu drugiego pilota. Nie spojrzeli na siebie. Napięcie zrobiło się wprost wyczuwalne. Na czole Ber’gaza perliły się miniaturowe kropelki potu.
Cała wieczność minęła, nim wreszcie gwiazdy rozciągnęły się w niekończące się, oślepiające kreski i „Jastrzębionietoperz IV” zanurzył się w odmętach innego wymiaru.
Wybuch szybko stał się nieunikniony.
— Straciłem kapsułę. Straciłem klienta. Złamałem prawo. — Z każdym kolejnym słowem ton jego głosu podnosił się, gotował niby podgrzewana coraz gorętszym ogniem woda. — Poniosłem cholernie, cholernie wysokie straty, na które mnie do cholery nie stać! Nie stać!
Uderzył pięścią w podłokietnik.
— Widziałaś co chcieli zrobić — powiedziała chłodno. Tak jak on, wzrok miała wlepiony w wirujący błękit nadprzestrzeni rozpościerającej się z iluminatorem.
— Widziałem. Trzeba było ich olać... nie, wezwać mnie, krzyknąć. Cokolwiek, tylko nie tłuc ich po mordach, do ciemnego Hutta! Mówiłem przecież, że oni tu nie lubią nieludzi, dla nich jesteś warta tyle, co ładny droid astro...
— I dlatego miałam dać im się obmacywać? — wycedziła.
— Zignorować — rzekł z warkliwym naciskiem. — Krzyknąć!
— Mam swoją godność, człowieku! — zagrzmiała, unosząc się z fotela.
— Człowieku? — Wstał i wbił spojrzenie w jej błękitną, ogarniętą niesmakiem twarz. — Co, to teraz przechodzimy na nazywanie się po rasie?
— Jesteś hipokrytą — żachnęła się, jej oczy zabiły przerażającym blaskiem. — To ja jestem winna temu, że się do mnie przyssali, ja jestem winna, że zmusili mnie do obrony? Jak śmiesz ich bronić?!
— Nie bronię ich! — sarknął. Żyły na jego skroniach pulsowały tak, jakby miały za chwilę nie wytrzymać ciśnienia. — Nie cierpię tych nadętych dupków, ich pieprzonego imperialnego fanatyzmu i kretynów, którzy...
— Wcale tego nie widać — przerwała mu ostro, akcentując każdy wyraz.
— Wiesz co? Ciebie nie posądzałem o wyciąganie tej samej retoryki, z której korzystają te sukinsyny, wydałaś mi się zupełnie normalna. Najwidoczniej myliłem się.
— Nic o mnie nie wiesz — parsknęła opryskliwie.
— I właśnie o to chodzi, Aydin! — krzyknął gniewnie, rozkładając gwałtownie ręce. — Jak mam cię rozumieć, skoro nic mi nie chcesz mi o sobie powiedzieć? Nie żądam od ciebie, żebyś się otworzyła na oścież, starczy jeśli choćby trochę się postarasz. Czy to naprawdę tak cholernie dużo?!
Beo Ber’gaz machnął ręką i jak burza przemknął korytarzem do swojej kajuty.
**********
Przysiadła się do niego, kiedy nadziewał na widelec apetycznie wyglądający rogalik z mięsa hleosa, który zostawił sobie na deser. Powiedziała mu wszystko, po kolei, metodycznie, bez zagłębiania się w szczegóły, raczej beznamiętnie. Początkowe drżenie jej głosu i unikanie jego wzroku zdradzały zdenerwowanie, lecz w żadnym momencie nie wyczuł u niej skruchy. On sam fatalnie czuł się z powodu tego, co jej nagadał. Gdy już ulotniły się emocje, a wzburzenie zagrzebał na dnie umysłu, przez chwilę trzymało go w mocy przemożne pragnienie, by natychmiast zerwać się z siedzenia, wpaść do jej kabiny i zacząć wylewnie przepraszać za swoje zachowanie. Ale nie zrobił tego, miał wrażenie, że obraziłby ją czymś takim, zablokował do końca — lub po prostu utwierdził w przekonaniu, że odcięcie się od niego to najlepsze rozwiązanie. Okazało się, że miał rację. Ze słów Aydin wywnioskował, że Chissowie nie darzą wielką sympatią ludzi słabego charakteru, łatwo poddających się i łatwo rezygnujących ze swoich przekonań.
Chissanka została wygnana z terytoriów Chissów. Opisała to spokojnie, bez emocji, ale tylko głuchy nie wychwyciłby całych pokładów zadawnionego żalu i rozgoryczenia, jakie kryły się w jej głosie. Zawsze posiadała dryg do mechaniki, elektroniki i obsługi komputerów, wykorzystała więc swoje naturalne talenty najpierw w zdobyciu wykształcenia, a następnie pracy w cywilnych służbach przydzielonych do elitarnej Floty Defensywno-Ekspansywnej. Błyskawicznie awansowała.
Wspomnienia obudziły w niej utraconą dumę i Ber’gaz na kilka sekund literalnie czuł, jak ważną osobą była niegdyś Aydin, jak gdyby otaczała ją jakaś aura wybitności, wręcz potęgi. Ona naprawdę była w przeszłości kimś — nie to co on, prosty handlarz.
Kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wystarczył jeden błąd i jej kariera załamała się. Zlekceważyła ryzyko, ominęła procedury, a przez jej błędną decyzję zginęło dwóch techników. Nie miała nic na swoją obronę, sama zresztą wiedziała, że to w stu procentach jej wina. Warunki wygnania, najwyższej kary w Dynastii Chissów, były proste: nie wolno jej było zatrudnić się w jakiejkolwiek korporacji, siłach zbrojnych, czy instytucjach państwowych. Dlatego zawsze pracowała u ludzi nieistotnych. Chissowie wierzyli w jej honor, a tym, paradoksalnie, znacznie wyprzedzali ludzi jeśli chodziło o ufność. Ci ostatni najpewniej zamknęliby ją w najmroczniejszym lochu, by nikomu nie wyjawiła żadnych sekretów.
Aydin szybko się uczyła i opanowała wiedzę, której Chissowie nie posiadali, a która była niezbędna do przetrwania na Zewnętrznych Rubieżach. Ale, jak zauważył z uśmiechem, nie stłumiła swojej dozgonnej niechęci do droidów.
Ber’gaz nawet się nie zorientował, jak położył opuszki palców na wierzchu jej dłoni. Aydin wzdrygnęła się niby ukłuta igłą i speszony kapitan wycofał rękę. Oczywiście nie potrzebowała współczucia, ani litości. To był taki ludzi gest, odruchowy. Był ciekaw czy to rozumie — czy w tym samym stopniu, co on jej wstyd i ból niespodziewanego upadku z drabiny społecznej. W tym i ludzie, i Chissowie nie mogli się niczym różnić.
— Dziękuję, że mi to powiedziałaś. Doceniam to, naprawdę — oświadczył.
— Wiem — odparła, pewnie patrząc mu w oczy. Nie uchylił się przed rubinowymi płomieniami jej oczu, nie tym razem. — Dowiodę ci, że jestem godna zaufania.
Pokręcił głową z cieniem uśmiechu na wargach.
— Już to zrobiłaś, Aydin.
**********
— Słyszałeś, Eksee? Kropnęli Dura Gejjena! — Ber’gaz ze zdumieniem wpatrywał się w nieduży ekran wmontowany w terminal stanowiska technicznego, z którego płynął podekscytowany głos zabrackiej reporterki HoloNetu. — Mówiłem ci, że ten gość w końcu się doigra, nie posiedział na stołku nawet dwóch miesięcy.
— Szkoda — odparł XC2 mechanicznym barytonem, w którym pobrzmiewał autentyczny żal. — Szkoda, że nie posłuchałeś mojej starannie wykalkulowanej rady i nie postawiłeś kredytów u bukmachera. Według moich wyliczeń i analizy doniesień stu dwudziestu siedmiu niezależnych ośrodków medialnych...
— Tak, wiem, trąbiłeś mi o tym cały tydzień — wtrącił ze zrezygnowaniem Beo — ale nie jestem hazardzistą. Zresztą co to za zysk: sześć kredytów od stu postawionych? Połowa galaktyki obstawiała na ukatrupienie Gejjena, a druga nie zrobiła tego tylko dlatego, że ma gdzieś politykę.
— Kim jest Dur Gejjen?
Ber’gaz zakręcił się w fotelu. Aydin właśnie zamykała właz do sterburtowego tunelu serwisowego. Odkąd zwierzyła mu się ze swojej historii, bariery między nimi systematycznie opadały, można rzec: lód przełamywał się z głośnym trzaskiem. Coraz częściej ze sobą rozmawiali, głównie o sprawach technicznych, trochę sztywno, ale już pojawiały się pierwsze uśmiechy. A Aydin miała bardzo ładny uśmiech.
— Byłym premierem Korelli. Jeden z jego ziomków zabił go, a potem wysadził się w powietrze. Ach, ta polityka — westchnął teatralnie i wyłączył wyświetlacz ekranu. — To jedna dobra wiadomość. Druga jest taka, że znalazłem nabywcę na nasze cenne futra, których nie opyliliśmy na Soomie.
Kapitan prawie dostrzegł wyraz ulgi na błękitnym obliczu kobiety. Prawie.
— Wszystkie? — upewniła się.
— To zależy od negocjacji. — Zrobił kwaśny grymas. — I tu jest mały zgrzyt. Możesz tu podejść?
Aydin odłożyła narzędzia do szafki, wytarła ręce w ścierkę i stanęła nad nim. Beo ujął jej prawą dłoń i chwilkę potrzymał. Chissanka nie wyszarpała jej, co było dobrym znakiem, choć mocno zmarszczyła brwi. Uśmiechnął się i delikatnie założył na jej przegubie cieniutką, czarną bransoletkę powleczoną kilkoma pasemkami syntetycznego szafiru. Pasowała idealnie, zarówno kształtem, jak i barwą.
Kobieta podniosła rękę do oczu, z wielkim zainteresowaniem przyjrzała się bransolecie.
— To taki mały prezent ode mnie — rzekł, odchrząknąwszy. — I jednocześnie rekwizyt.
— Jest... bardzo ładna. — Aydin klarownie była skołowana. Ber’gaza ciekawiło, czy próbowała odgadnąć, co oznaczał jego nieoczekiwany gest, równocześnie zaś miał nadzieję, że nie popełnił żadnej straszliwej gafy. Chissanka podniosła wzrok ze swojego gustownego prezentu na niego. — Co masz na myśli mówiąc „rekwizyt”?
— Nie wiem, czy to ci się spodoba, ale potrzebuję twojej pomocy w sprzedaży tych futer. — Uśmiechnął się blado. — Zaraz ci wszystko wytłumaczę.
**********
— To nie są sprawy dla mężczyzn. — Uśmiech na pomarszczonej, zżółkłej ze starości twarzy przedstawicielki Gildii Kupieckiej Pinoory miał temperaturę bliską absolutnemu zeru. — Zostajesz tutaj. Pani Nuaro, proszę za mną.
Aydin, odziana w ciemnoszary uniform, w którym pierwszy raz ją ujrzał, i zaopatrzona w elegancką, lecz nierzucającą się w oczy biżuterię perfekcyjnie odgrywała jego rolę, pani kapitan „Jastrzębionietoperza IV”, doświadczonej handlarki. Żaden miesień jej lic nie drgnął, gdy zobaczyła w jego oczach przerażenie, a na policzkach nienaturalną bladość. Po chwili za nią i przedstawicielką Gildii głucho zamknęły się drzwi do gabinetu staruszki.
Ber’gaz ciężko opadł na ławeczkę podstawioną pod wejściem.
— No to po interesie — jęknął pod nosem.
Plan był prosty. Ponieważ na Pinoorze istniało bardzo prężne społeczeństwo matriarchalne, a mężczyzn traktowano gorzej niż na osławionej Dathomirze, Beo postanowił, że zamienią się pozycjami z Aydin, aby móc sprzedać futra. Gildia nie prowadziła interesów z osobnikami płci męskiej, a jeśli już, to w iście bandycki sposób. Ber’gaz miał nadzieję podpowiadać gestami Chissance, co ma robić w trakcie rozmowy — tyle tylko, że do jego pustej łepetyny nie wpadło to, że tutejsze kobiety mogą mu nie zezwolić przystąpić do negocjacji.
Po dziesięciu minutach, które spożytkował na smętne rozmyślania o nowym rynku zbytu na swój towar, drzwi rozsunęły się.
— To czysta przyjemność robić z panią interesy, pani Nuaro.
— I nawzajem — odparła kurtuazyjnie Aydin. — Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy miały okazję się o tym przekonać.
Czy on dobrze słyszał? Przyjemność? Chissanka obejrzała się na niego i kiwnęła mu głową. Co to miało znaczyć? Głowił się nad tym aż do samych drzwi wyjściowych, gdzie mogli już zarzucić swoją grę i kiedy Ber’gaz czuł, że zniecierpliwienie skręca mu już żołądek.
— I co? — spytał, podenerwowany jak dzieciak.
— Sprzedaliśmy wszystkie, co do sztuki, cztery procenty drożej niż zakładałeś — odpowiedziała spokojnie. Opadła mu żuchwa, chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł żadnych właściwych słów i zamknął usta.
Długo szli ulicą, nic nie mówiąc. Beo po prostu patrzył na Aydin, najpierw ze zdumieniem, potem z niekłamanym podziwem. Przez chwilę zbierał się do żywiołowego pochwalenia jej i wykrzyczenia swojej radości, ale pohamował się i zamiast tego spytał niewinnym tonem:
— Kiedy skończą rozładunek?
— Za godzinę.
— W takim wypadku — zwolnił krok i na pytające spojrzenie Aydin posłał jej promienny uśmiech — musimy uczcić twój sukces.
— Uczcić? — Jej czoło pokryło się siatką miniaturowych zmarszczek.
— Dokładnie. Co powiesz na wizytę w jakiejś porządnej restauracji? — Czuł rozpierającą go energię, nagle wszystkie zmartwienia i troski uleciały, wyparte pozytywnymi emocjami. Jego dobry humor szybko udzielił się Aydin.
— To chyba nie jest zły pomysł — powiedziała z nieznacznym uśmiechem igrającym na wargach.
— Wyśmienicie!
Mimo że obsługa restauracji Uhl Eharl Khoehng, którą wypatrzyli na przedmieściach nieopodal portu, patrzyła na nich spode łbów — szczególnie na Ber’gaza, który miał na sobie zwyczajowy, prosty do bólu strój — a Aydin czuła się cokolwiek niepewnie, spędzili bite dwie godziny, pogrążeni w rozmowie, powoli delektując się swoimi daniami. Beo nie pamiętał już, kiedy ostatnio spędził tak wspaniałe popołudnie i solennie sobie obiecał, że w niedalekiej przyszłości zafunduje sobie — i Aydin — powtórkę. Przypomniały mi się podobne chwile spędzone z żoną, dekady temu, i to mimowolne porównanie sprawiło, że zobaczył w Chissance coś nowego, ale zarazem znajomego.
W pewnym momencie, w ciszy która nastała po wyczerpaniu się tematu o miałkości kultury masowej w Znanej Galaktyce, złapał się na tym, że za bardzo intensywnie wpatruje się w oczy Aydin. Zarumienił się lekko i żeby zamaskować swoje zmieszanie poprosił kelnera o rachunek. Suma, jaka się ukazała na wytwornie zdobionym kawałeczku flimisplasu nieco ostudziła jego postanowienie o częstszych odwiedzinach podobnych lokali, ale nie dał tego po sobie poznać.
Pół minuty po wyjściu z restauracji, w głowie Beo skrystalizowała się myśl, która od jakiegoś czasu kotłowała się gdzieś w jego podświadomości. Dobrze sobie zdawał sprawę z tego, że współpraca z Aydin kiedyś się zakończy; bądź co bądź nie można cały czas naprawiać tak małego statku, zwłaszcza jeśli w tym czasie utrzymuje się go w kondycji graniczącej z perfekcyjną.
— Świetnie sobie poradziłaś dzisiaj z Gildią — zaczął. Niełatwo było mu się skoncentrować na słowach, gdy granatowoczarne włosy Aydin wichrzyły się na wietrze i nie mógł oderwać wzroku od jej nieudanych, uroczych prób odgarnięcia niesfornych pasemek. — Od dawna pracowałem sam, ale czasem, no nie wiem, czuję... aj, niepotrzebnie tak kręcę. — Krzywy grymas przeciął jego twarz, z zakłopotaniem zacząć trzeć brodę. — Chcę powiedzieć, że wydaje mi się, że powinnaś spróbować swoich sił w moim zawodzie. Co o tym myślisz?
Aydin długo nie odpowiadała, dość długo, by Beo trzykrotnie się zastanowił, czy aby przypadkiem złożenie tej propozycji nie było przedwczesne. Cóż, co się stało, to się nieodstanie.
— Czy mówisz to dlatego, że doceniasz moje umiejętności, czy dlatego, że... mnie lubisz? — spytała z ociąganiem, ostrożnie dobierając poszczególne wyrazy. Potem szarpnęła lekko głową, by loki wróciły na swoje miejsca. — Czy o to chodzi?
Zgrzytnął zębami. Powtórnie mignął mu przed oczami obraz żony, partnerki w życiu i w biznesie. Może przykładał złą miarę do Aydin, próbując ją dopasować do osoby, która odeszła wiele lat temu? Nie wiedział.
— Uderzasz w ten ton z takim przekonaniem, a mnie chodzi tylko o próbę, sprawdzenie, czy możesz mi pomóc w handlu. — Co za wierutne kłamstwo! Przez moment wpatrywał się w utkane siecią gwiazd i sztucznych satelitów nocne niebo. — Ale odpowiem ci, szczerze. Podobasz mi się, zarówno jako kobieta — chrząkną niepewnie — jak i pracownik. Cholera, nie wiem jak Chissanki reagują na komplementy, ale nie chcę być gołosłowny: jesteś piękna i inteligentna, a przy tym znasz się na swojej pracy jak chyba nikt, przykładasz się do niej bardzo mocno. Nawet nie wiesz, jak bardzo tym imponujesz ludziom... i mnie.
Aydin obdarzyła go spojrzeniem, które było po części wdzięczne, po części zaś niesamowicie zagadkowe. Kamień spadł mu z serca, nawet uśmiechnął się, najładniej jak tylko potrafił. Nie popełnił błędu.
— Dziękuję — odpowiedziała błękitnoskóra kobieta z zakłopotaniem. Ber’gaz uniósł brwi, bodaj pierwszy raz udało mu się zobaczyć ją naprawdę, stuprocentowo zakłopotaną. — Zastanowię się nad tym. Wciąż jest wiele rzeczy, które trzeba poprawić na statku.
Jej słowa boleśnie przypomniały mu o kwestii jego funduszy, ale powziął już decyzję i nic nie mogło go od niej odwieść.
— Skoro jesteśmy przy tym, zasługujesz na podwyżkę. O pięćdziesiąt procent, bo...
— Teraz przedkładasz emocje nad rachunek ekonomiczny — powiedziała nieoczekiwanie, mrużąc swoje pałające oczy. — A ja wcale nie potrzebuję dodatkowych kredytów, nie przy moich nikłych potrzebach.
— Chyba... — zawahał się. — Chyba masz rację. Trochę za daleko wybiegłem.
— Na razie pozostańmy przy tym, co już jest.
To było najlepsze podsumowanie dnia spędzonego na Pinoorze — nie burzyć ustalonego porządku, ale tylko do czasu. Parę godzin później, wtuliwszy głowę w twardą poduszkę i zatracając poczucie rzeczywistości w jednostajnym szumie hipernapędu, doszedł do wniosku, że pośpiech w żadnym wypadku nie jest wskazany.
**********
Beo Ber’gaz wyładował złość na podłokietniku fotela i zaklął szpetnie.
— A od kiedy to, do cholery, Toprawa jest częścią Konfederacji? — burknął w mikrofon komunikatora, groźnie marszcząc czoło, czego oczywiście nie mógł zobaczyć jego rozmówca.
— Od siedemnastu standardowych godzin — poinformował go uprzejmie, lecz z wyczuwalną irytacją operator sieci kontroli orbitalnej. — Proszę zrozumieć. W związku z wdrażaniem nowych procedur...
— Tak, rozumiem to doskonale, musimy stać w pieprzonej kolejce. Wkurza mnie tylko to, że się o wszystkim dowiaduję w ostatniej chwili!
Ber’gaz gniewnie rąbnął kantem dłoni w wyłącznik urządzenia, nie przejmując się urwaną wpół odpowiedzią kontrolera.
— Powinieneś unikać stresu, kapitanie — rzekł niewinnie z tylnego fotela Eksee. — Może czas na małe wakacje?
Beo bąknął coś niecenzuralnego i darował sobie wyprowadzenie ciętej riposty. W iluminatorze zobaczył odbicie sylwetki Chissanki.
— Dlaczego stoimy w miejscu? — spytał tak samo niewinnie jak poprzednio droid.
Ber’gaz zmienił zdanie.
— Aydin, może rozłożysz i poskładasz do kupy Eksee? Proszę, wprost cudownie poprawiłabyś mi dziś humor.
— Wypraszam sobie! — oburzył się droid. — Ja grzecznie i troskliwie ofiaruję radę kapitanowi, i co dostaję w zamian? Czcze pogróżki!
Pilot statku odwrócił głowę ku Chissance i zrobił cierpiętniczą minę.
— Proszę?
Kobieta zmarszczyła brwi, ale w tejże chwili komunikator zapiszczał i w kabinie rozległ się mechaniczny głos automatu:
— Proszę obrać kurs 3-5-1. Życzymy udanego pobytu na Toprawie.
— Teraz z pewnością będzie udany. Mocy niech będą dzięki.
Ber’gaz aktywował silniki i szerokim łukiem zstąpił w atmosferę szmaragdowo-błękitnej, klasycznie pięknej planety, która cztery dekady wcześniej słono zapłaciła za pomoc w wykradzeniu planów pierwszej Gwiazdy Śmierci dla Sojuszu Rebeliantów. Był to niepokorny świat, ale Beo naprawdę nie spodziewał się, że da nogę ze struktur bezpośredniego potomka Rebelii — pewnie był to jakiś sygnał, że w Galaktycznym Sojuszu dzieje się więcej złego, niż to oficjalnie mówiono.
Nie zauważył stężonej mobilizacji w stołecznym porcie gwiezdnym, ruch na ulicach również nie zdradzał żadnych wielkich zmian. Załatwił wszystkie formalności, niezbędne zakupy i interesy w ciągu trzech godzin. Aydin w tym czasie zajęła się montażem nowej powłoki izolacyjnej na lewej ładowni — z tego powodu wierciła mu w brzuchu dziurę przez tydzień, aż wreszcie musiał wygospodarować na naprawę tych kilkaset kredytów. Jej śmiertelnie poważna mina rozbrajała go niby saper minę przeciwpiechotną, naprawdę trudno było nie ulec jej uporowi i sile perswazji.
Gdy droidy ładownicze pakowały kolejne skrzynki miniaturowych skraplaczy wilgoci, które szły na pustynnej Kwenn jak świeże bułeczki, Beo z szerokim uśmiechem przyglądał się pracy urodziwej Chissanki. Było bardzo ciepło, ani śladu chmur na niebie, i kobieta zdjęła górną część kombinezonu. Płowa, napięta podkoszulka uwydatniała jej wdzięki przy każdym, najdrobniejszym ruchu. Aydin zdawała sobie sprawę z jego zainteresowania, ale zupełnie nic sobie z niego nie robiła. Jak zwykle była całkowicie skoncentrowania na swoim zadaniu.
Idylliczny klimat został nagle zburzony przez potężny huk i wstrząs, jaki przeniósł się po płycie permabetonu. Beo Ber’gaz zerwał się, zatoczył taksującym wzrokiem łuk. Hałas jeszcze nie przestał wibrować w jego bębenkach, kiedy jakiś kawałek za odległym o kilkaset metrów murem portu dopatrzył się czarnego pióropuszu dymu. W okolicy rozwyły się różne alarmy i syreny, kilku pracowników znieruchomiało, wpatrując się z mieszanymi odczuciami w dym, paru zaczęło zadzierać głowy w poszukiwaniu potencjalnych napastników, maszyn Sojuszu Galaktycznego zapewne.
Obserwując dalszy rozwój sytuacji, krzątaninę na płycie lądowiska, innych gapiów i nadlatujące jednostki straży pożarnej, kątem oka spostrzegł, że sunie ku niemu wysoki mężczyzna w średnim wieku. Miał ciemną, siwiejącą już brodę, krótko ostrzyżone włosy i nosił czarną kurtkę dopasowaną do spodni tejże barwy. Skinął głową na powitanie.
— Znajdzie się u pana miejsce dla pasażera? — spytał z lekkim uśmiechem. Ber’gaz nie zauważył przy nim żadnych bagaży, a to już było podejrzane. Usłyszał, że Aydin przerwała pracę. — Oczywiście zapłacę.
— A dokąd chciałby się pan udać, panie...? — zawiesił głos.
Nieznajomy uśmiechnął się zagadkowo do Chissanki, która wyszła z cienia YT-1930.
— Widzę, że wasza rasa zna się nie tylko na serwowaniu drinków. — Odchrząknął, odwrócił twarz do Ber’gaza. — Katarn. Kyle Katarn. A planeta jest bez znaczenia.
— Pomyślałby ktoś, że chce pan jak najszybciej stąd uciec, panie Katarn — bąknął Beo Ber’gaz, sięgając do brody, by ją swoim zwyczajem potrzeć. Gdzieś mu się już obiło o uszy to imię, Katarn. — Może...
— Zapłata to zapłata, prawda? — Mężczyzna wyszczerzył zęby i zrobił drobny gest dłonią. Ber’gaz pomyślał sobie, że faktycznie nie ma co wybrzydzać i już miał to oznajmić Katarnowi, kiedy nagle ktoś na sąsiednim lądowisku wyciągnął ramię w ich kierunku i wrzasnął na całe gardło:
— To on!!!
Beo poczuł się, jakby ktoś z całej siły walnął go pięścią w brzuch.
— Już wiem! Ty jesteś tym...
— Tak, tak. — Katarn wziął go pod ramię i obydwaj, Beo lekko popychany, szybkim krokiem ruszyli ku rampie. — Proponowałbym czym prędzej się stąd wynosić. Najlepiej już.
— Nie tak szybko. — Drogę zastąpiła im Aydin, nieprzejednane czerwone oczy wbiły spojrzenie w twarz Katarna. — Nie wiem kim jesteś, ale...
— To rycerz Jedi, Aydin — powiedział z podnieceniem w głosie kapitan „Jastrzębionietoperza IV”. — Jedi, wierzysz w to? Niesamowite.
— Mam dokładnie to samo zdanie — rzekł Katarn, obejrzawszy się nerwowo za ramię. Przy wejściu do portu pojawiło się kilka sylwetek w mundurach i z bronią w ręku. — Aydin, tak? Musimy się stąd wynosić. Widzisz tych smutnych panów za nami? Oni nie lubią Jedi.
— Nie mów do mnie, jak do jakiegoś dziecka — fuknęła Chissanka, groźnie mrużąc powieki. — Nie ma...
Mundurowi zaczęli krzyczeć i biec w stronę lekkiego frachtowca.
— Za późno! Właźcie do środka! — Kyle Katarn wysupłał z wewnętrznej kieszeni kurtki połyskujący metalicznie cylinder. — Już!
Ber’gaz złapał Aydin za rękę i wciągnął do maszyny. Nie stawiała oporu, błyskawicznie uświadomiła sobie beznadzieję sytuacji. Tuż za nimi rozbłysła błękitna klinga miecza świetlnego, która zamaszyście zebrała dwie blasterowe wiązki i odesłała je z powrotem do nadawców. Beo trzasnął w aktywator podnośnika rampy i popędził do sterowni. Aydin, a następnie Katarn, prawie nadeptywali mu na pięty.
— Włącz tarcze! — krzyknął Jedi, wskakując na fotel drugiego pilota przed Chissanką. Ber’gaz trącił przełącznik i zaczął systematycznie pstrykać kontrolkami najważniejszych systemów. — Nie boisz się latać taką kupą złomu? Mam wrażenie, jakbym przeniósł się w czasie...
— Chcesz wylecieć za burtę? — warknęła Aydin. Jej lica płonęły gniewem. — Nie? To zamknij mordę.
— Masz wojowniczą dziewczynę. — Kyle Katarn wyszczerzył zęby, a Ber’gaz nie sprostował jego uwagi, zbyt zajęty podrywaniem „Jastrzębionietoperza IV” z ziemi. Szare zabudowania portu mignęły pod brzuchem korelliańskiej maszyny, która zaczęła szybko nabierać prędkości.
— Mamy czterech bandytów na ogonie. Nie jest tak źle — stwierdził Katarn i zrezygnował z zapięcia pasów. Zamiast tego wstał, przepchnął się obok Aydin, która stała, wszczepiona w zagłówek fotela kapitana. — Idę do wieżyczki, proponuję robić uniki.
— A idź i do Vaagarich — burknęła za nim Chissanka, zajmując jeszcze ciepłe siedzenie. Beo rzucił na nią okiem. Miała nietęgą minę, kurczowo zaciskała palce na poręczach. — Cholerny idiota.
— Zaczynasz się wyrażać jak ja — zauważył cierpko, ściągając stery. — To zła maniera, Aydin.
Odpowiedź kobiety zginęła w huku, który wstrząsnął YT-1930 niczym zabawką. Po chwili odezwały się głębokie wizgi podwójnego działka laserowego, które odpowiedziało ogniem na atak przeciwników. Ber’gaz robił co mógł, by utrzymać pojazd z dala od czerwonych błyskawic, które niezmordowanie ich goniły, lecz osiągnął w tym marny sukces; nigdy nie bawił się w wojaczkę. Nigdy, nie licząc... Przed oczami stanął mu obraz sprzed dekady. Yuuzhańskie koralowe skoczki plujące strugami plazmy, krzyk, zgrzyt metalu, krew. Przełknął ślinę.
— Beo!
Aydin powiedziała do niego po imieniu, przemknęło mu przez głowę, nim wrócił do rzeczywistości, która malowała się teraz na czarno, z miriadami diamentowych punkcików rozsypanych wszędzie dookoła. Uprzytomnił sobie nagle, że są już w przestrzeni kosmicznej, a mrugająca wściekle lampka na pulpicie sygnalizuje rychłe wyczerpanie się energii osłony, która nadal przyjmowała na siebie grad ciosów.
— Nie damy rady — wydusił. Czuł jak w rogówkach zbiera mu się wilgoć. Ręce ślizgały się po drążkach sterowniczych jak po lodzie. — Ten Jedi nas zabije.
Kiedy nagle statkiem szarpnęło, obróciło i rzuciło, a wszystkie światła zgasły w akompaniamencie wrzasku rozdzierającej się stali, przestraszył się, że będą to prorocze słowa. Tłumiki inercyjne zgarnęły większą część przeciążeń, ale Ber’gaza i tak przycisnęło do fotela, jakby ważył co najmniej pięć ton. Lekki frachtowiec wszedł w niekontrolowany korkociąg, każdy alarm, jaki tylko istniał, rozwył się nieznośnie.
Przez chwilę miał mroczki w oczach, ale kiedy je zwalczył popatrzył na Aydin. Źrenice rozszerzyły mu się z przerażenia. Chissanka bezwładnie opierała się o pulpit, jej włosy w nieładzie rozlewały się wokół głowy, na przełącznikach, wskaźnikach i ekranach.
— Aydin...
Wyplątał się z uprzęży ochronnej i dopadł do kobiety. Wziął ją w ramiona. Jej loki, pachnące, jak zupełnie absurdalnie wychwycił, przyjemnym olejkiem z Jovana, były pozlepiane krwią. Dźwignął Aydin z fotela, zaparłszy się nogami. Poczerwieniał z wysiłku, sperlony potem, ale udało mu się wyswobodzić ją z objęć uszkodzonego fotela.
Wszechświat za iluminatorem wirował jak szalony, ale Beo nie zwracał na niego żadnej uwagi. Chodziło tylko o Aydin, jej życie. Zmobilizował wszystkie siły, byle tylko zawlec ją do kapsuły. Zignorował szorstki głos wzywający go z komunikatora, przewrócony korpus pogiętego, iskrzącego Eksee, walające się po korytarzu narzędzia, elementy wewnętrznego poszycia, eksplodujące panele jarzeniowe, pęki kabli wyłażące z rozerwanych ścian, świst ulatującego powietrza.
Aydin stęknęła. Ber’gazowi podskoczyło serce, ze zdwojoną siłą przedarł się przez ostatnią przeszkodę. Walnął w klawisz włazu drugiej — i ostatniej — kapsuły ratunkowej i wtaszczył do środka ranną Chissankę.
— Przepraszam za to wszystko.
Ber’gaz obejrzał się przez ramię. Za progiem kapsuły stał Kyle Katarn, w podartej kurtce, zakrwawiony, chyboczący się na nogach. Jedi posłał mu smutny uśmiech. Właz zatrzasnął się w okamgnieniu, powietrze syknęło. Przyspieszenie niemal rzuciło kapitanem o podłogę.
Nie patrzył w owalne okienko, za którym niknął w oddali sfatygowany „Jastrzębionietoperz IV”, jego wzrok był już wetknięty w twarz Aydin. Kobieta miała półotwarte powieki, Ber’gaz parsknął ze szczęścia, łzy zalśniły w kącikach jego oczu.
— Aydin... — Nie zastanawiając się objął ją ramionami i przytulił do siebie. — Aydin, żyjesz, na Moc, żyjesz...
— Tak... — Chissanka poddała się jego uściskowi, nie próbowała się wyślizgnąć z niego. Dotknęła jego policzka. Po palcach spłynęły jej jego łzy. — Tak.
**********
Czekała na niego przed gmachem komendy stołecznej policji na Toprawie, w cieniu marmurowej kolumnady. Miała na sobie proste, szarobure ubranie, i mimo opatrunku zakrywającego połowę błękitnego czoła, była piękna jak zawsze. Podszedł do niej z krzywym uśmiechem, zbolałą miną, którą jakoś nie potrafił przekształcić w radosny wyraz.
— Jak się czujesz? — spytał na powitanie. Wzruszyła ramionami.
— Bywało lepiej.
Przez chwilę zaglądali sobie w oczy, jakby czegoś szukając, bez słowa. Pierwszy spuścił wzrok Ber’gaz.
— Coś mi się zdaje, że moje propozycja się zdezaktualizowała — prychnął, niespokojnie zakreślając stopą w chodniku kółko. — Nie mam już niczego. Niczego.
— To nieprawda.
Jej słowa wydały mu się dziwnie znajome, uparte, pobrzmiewające buńczucznością. Zadarł podbródek, popatrzył na nią z zaciekawieniem. Kobieta przybliżyła się o pół kroku, na jej ustach rysował się delikatny uśmiech.
— Straciłem wszystko — niespodziewanie dotknęła jego dłoni — oprócz...
— ...mnie.
Nie wiedział kto kogo do siebie przyciągnął, on czy ona. Wiedział jednak, że ich pocałunek trwał, i trwał, i trwał, cudowny i nierzeczywisty, jak sen. Wiedział również, że chciałby, żeby trwał wiecznie — ale to akurat było niemożliwe. Beo Ber’gaz pogładził jej piękne włosy, uśmiechnął się szeroko. Jej uśmiech był identyczny, radosny i prawdziwy.
— Zaczniemy od nowa. Zaczniemy wszystko od nowa.
— Tak.
Jedi Nadiru Radena [ Wróć ] |