Tydzień po Bitwie o Endor
Mało elementów wszechświata Star Wars fascynuje fanów tak jak Eskadra Łotrów. Grupa rebelianckich pilotów dowodzonych przez nieustraszonego Wedge'a Antillesa, weterana zmagań spod Yavina, Hoth i Endoru rozpalała wyobraźnię czytelników do tego stopnia, że doczekała się rozwinięcia w postaci dziewięciu książek, trzech gier komputerowych i aż trzydziestu dziewięciu komiksów. To temat samograj, powiedziałby ktoś. Dlatego też nikogo nie zdziwiło, że wydawnictwo Dark Horse w 2005 roku postanowiło podjąć próbę powrotu do tak poczytnej serii, wydając trzy komiksy zatytułowane X-Wing: Rogue Leader. Czy była to udana próba? Osobiście mam co do tego spore wątpliwości.
Pomysł był prosty: przedstawić ostatnią misję Luke'a Skywalkera jako dowódcy Eskadry Łotrów, po której na długie lata jej dowódcą został Antilles. Dlatego też miniseria Rogue Leader jest swoistym prequelem reszty pozycji spod znaku X-Wing (nie licząc numeru 1/2, który to dzieje się jeszcze przed Bitwą o Yavin). Na pewno nie można powiedzieć, że ktoś był do tego komiksu uprzedzony już na starcie. Poprzednie trzydzieści sześć rysunkowych odsłon cyklu spotkało się z ogromną akceptacją wśród fanów, dlatego można było śmiało zakładać, że powrót do kokpitu X-Winga obroni się sam. Dla zachęty akcję umieszczono na Korelii i w jej okolicach. Jako głównych bohaterów dano nam same legendy — gwiezdnowojennych „Czterech Jeźdźców Apokalipsy” w postaci Wedge'a Antillesa, Wesa Jansona, Tycha Celchu oraz Luke'a Skywalkera. Dziwnym trafem zapomniano tu o Dereku "Hobbiem" Klivianie, którego w miniserii po prostu nie ma.
To jest mój największy zarzut co do całej opowieści. Skoro bowiem wychodzimy z założenia, że przedstawiamy legendy Eskadry, to dlaczego zapomnieliśmy o Klivianie? Nie wierzę, że zabrakło dla niego miejsca w scenariuszu, ponieważ zamiast niego pojawia się nowa postać — sullustiański pilot B-Winga nazwiskiem Ten Numb, dowódca Eskadry Niebieskich. Drugim problemem jest chronologia opowieści — na tydzień po Bitwie o Endor. Problem w tym, że właśnie wtedy odbyła się słynna Bitwa o Bakurę, w której tak Luke Skywalker jak i Eskadra Łotrów brali czynny udział. A jak przeczytamy w książce Pakt na Bakurze autorstwa Kathy Tyers, korpus ekspedycyjny Sojuszu Rebeliantów z Eskadrą w składzie wyruszył na Bakurę niemalże dzień po zmaganiach na Endorze. Dlatego też scenarzysta sprytnie umieścił akcję opowieści tuż po powrocie z Bakury, ale każdy zauważy, że i tak w kanonie robi się trochę ciasno, co niekoniecznie spodoba się bardziej konserwatywnym fanom. Poza tym to dalej nie wyjaśnia braku "Hobbiego".
Przechodząc do samej fabuły otrzymujemy co następuje: w tydzień po Bitwie o Endor bohaterscy piloci Rebelii dostają w ręce miotły, gaśnice i puszki z farbą i zabierają się do sprzątania niewiarygodnego bałaganu, jaki zostawiły po sobie na Endorze zmagania ze sługusami Imperatora. Gaszą pożary, ściągają z orbity złom i biegają po lesie usuwając wypłoszone drapieżniki. Muszę przyznać, że ten początek opowieści jest naprawdę udany. Chyba po raz pierwszy możemy obserwować skutki, a nie przebieg potężnego starcia kosmicznego, dzięki czemu unikamy klasycznych wybuchów i ogranych już z każdej możliwej strony pojedynków myśliwskich. To też dobra okazja, by przedstawić nam skrótowe CV bohaterów miniserii, a mianowicie ich stopnie wojskowe, kryptonimy, rodzinne planety, ulubione myśliwce i największe zasługi. To dobry zabieg, dzięki któremu nowy czytelnik prędko rozezna się w znanych starszym fanom postaciach. Jako smaczek dostajemy starcie Jansona i Celchu z mieszkającym na Endorze ogromnym goraxem, którego pas z ciał imperialnych zwiadowców jest w równym stopniu makabryczny, co uroczy. Ale sprzątanie bałaganu nie może trwać wiecznie - i oto Łotry zostają prędko przydzielone do nowej misji, tym razem zwiadowczej. Piloci muszą się udać do systemu koreliańskiego i rozeznać w sytuacji, jaka zapanowała tam po śmierci Imperatora. A że to rodzinne strony Antillesa, udają się tym chętniej.
Na Korelii zastają generała Weira. Znacie go? Ja nie, bo to zupełnie nowa postać, stworzona na potrzeby miniserii. Ot kolejny imperialny dowódca, ogarnięty manią wielkości i pokusą nieograniczonej władzy po śmierci Imperatora. Niestety nasz schwarzcharakter nie różni się niczym szczególnym od większości podobnych mu złoczyńców, ale żeby nie było tak płasko, rysownik przyodział go w czarną zbroję imperialnego zwiadowcy. Wspomniany generał założył bazę na Tralusie, gdzie jego głównym zajęciem było terroryzowanie miejscowych Selonian i Dralów. Tak oto, gdy Łotry przylatują na Korelię, by spędzić miłe chwile w jednej z knajpek kolorowego i świetnie prezentującego się na planszach Coronet City, trafiają w sam środek terroryzującego miasto, rajdu Weira. A potem jak już w kinie klasy B — trup ściele się gęsto, miecz świetlny błyska w ciemnościach, a Łotry sprawnie przeskakują z ziemi na śmigi, a z nich do myśliwców. Niestety większość opowieści to właśnie rozróba prezentowana w stanie ledwo kontrolowanego chaosu. W międzyczasie do niewoli dostaje się Ten Numb i tak oto na dokładkę dostajemy klasyczną misję ratowania uwięzionego przyjaciela.
Jak można się spodziewać, do ostatecznej konfrontacji dochodzi właśnie na Tralusie, z małym przerywnikiem w postaci wyskakującej jak filip z konopi wycieczki do ukrytego miasta Selonian (które absolutnie nic nie wnosi do opowieści). A po sprzątnięciu postimperialnego bałaganu Łotry powracają do floty Rebelii, gdzie Luke z ciężkim sercem oddaje dowództwo Wedge'owi. Biedny Antilles nie wie co go czeka, Eskadra dostała bowiem posiłki... czyli grupę żądnych przygód pilotów, których zmagania zostały już opisane w trzydziestu pięciu zeszytach cyklu X-Wing. Właśnie ta ostatnia klamra, spinająca ładnie czasy około Epizodu VI z serią komiksową jest oprócz rozpoczęcia najmocniejszym punktem opowieści. Szkoda tylko, że cały środek wypełnia wtórna i mało zaskakująca gonitwa za "czarnym ludem" — fakt, że piękna graficznie, ale rysunki to nie wszystko.
O ile kolorom na pewno nie można nic zarzucić, o tyle kanciaste rysy twarzy w wykonaniu pana Giorello czasami są zbyt nieczytelne. Dynamiczne kadry narzucają wprawdzie świetne (czasem aż za duże) tempo akcji, ale przeciętny czytelnik może mieć kłopoty z odróżnieniem poszczególnych pilotów. Wiadomo co prawda, że Luke to "ten z mieczem", ale już Wedge w ogóle nie przypomina Denisa Lawsona, który użyczył twarzy tej postaci w trzech filmach Starej Trylogii. O urodzie panów Jansona i Celchu z szacunku nie wspomnimy.
X-Wing: Rogue Leader z pewnością miał wszelkie szanse, by stać się hitem. Scenariusz w wykonaniu obeznanego z uniwersum Star Wars Hadena Blackmana również dawał obietnicę wyrafinowanej rozrywki. Niestety Blackman już wielokrotnie dał nam dowody tego, że wprawdzie orientuje się nieźle w kanonie Sagi, ale lubi brać z niego, co chce i przerabiać na swoją modłę. Ostatnim przejawem jego radosnej twórczości jest The Force Unleashed, którego niektóre zagrywki fabularne przyprawiają część fanów o poważny ból zęba. Obawiam się również, że miniseria Rogue Leader pogrzebała na dłuższy czas historię spod szyldu X-Wing, która przecież mogła dostarczyć nam jeszcze wiele wspaniałych przygód. A tak dostaliśmy przeciętną, mocno kolorową opowieść z nielicznymi smaczkami na osłodę. Jednym słowem: mogło być wspaniale, a wyszło jak zawsze. Cóż, może następnym razem...
Scenariusz: 4/10
Rysunki: 7/10
Okładki: 7/10
Scenariusz: Haden Blackman
Rysunki: Tomás Giorello
Kolory: Michael Atiyeh
Okładki: Gary Erskine
Wydawca: Dark Horse Comics
Data publikacji: wrzesień - listopad 2005
Recenzja: Wedge Notka z opisem fabuły: Wedge Korekta: Danny Flicker |